Kasia Miczał „Miasto Gorzów mam we krwi”

To wywiad o życiu w Gorzowie, o szansach i bolączkach.  O możliwościach jakie daje miasto średniej wielkości, trzecim sektorze w Gorzowie Wlkp.,  oraz ekonomii społecznej jako dobrym sposobie na lokalny biznes. Na powyższe i nieco bardziej osobiste tematy rozmawiamy z Katarzyną Miczał – animatorem społecznym, gorzowianką i pracownicą organizacji pozarządowej.

Kasia, dlaczego akurat Gorzów, jako miejsce do życia na Ziemi? Przecież, jest tyle możliwości. Co zaważyło – wybór, zbieg okoliczności, tak wyszło?

Zdecydowanie „tak wyszło” i tak zostało. Urodziłam się tu, zawsze kochałam miasto. Jako dziecko jeździłam z mamą na wakacje do dostępnych nam wówczas ciepłych krajów takich jak Bułgaria czy  Rumunia i przysięgam Ci, że mam takie wspomnienie, że siedzę nad morzem w mieście Złote Piaski i myślę, co zmieni się w Gorzowie gdy wrócę. Poważnie. Byłam wówczas jeszcze całkiem mała. Mam silny związek z miastem. Trochę patologiczny. Traktuję je jak człowieka i gdy z czymś się nie zgadzam, gdy wydaje mi się, że są wobec miasta podejmowane złe decyzje – czuje się, jakby ktoś je krzywdził. Dla mnie nie ma innego miejsca na ziemi dla codzienności. Często czuję potrzebę wyjazdu, spotkania z inną kulturą, pooddychania jakimś innym powietrzem, najlepiej bardzo gorącym. Ale żyć mogę tylko tutaj. To kwestia przynależności. 

Za co lubisz miasto Gorzów?

To mój dom. Czasem wcale go nie lubię ale zawsze kocham. Lubię rytm tego miasta. Jego „niespieszność”. Lubię kamienice, parki, te miejsca, które mnie z nim wiążą. Okolice szkół, do których chodziłam, knajpy, rzeki … W sumie wolę Kłodawkę niż Wartę, bo jest mi bliższa. Lubię historię miasta. Zawsze fascynowało mnie to, że jesteśmy takim zbiorem różnych ludzi i kultur, który powstał  „bo tak wyszło” i to wszystko stworzyło jakiś przedziwny charakter naszej wspólnoty, który pomimo lat ciągle jest bardzo widoczny. Zachwyca mnie fakt, iż w ciągu swojego życia mogłam być świadkiem tego, jak to miasto się kulturalnie buduje, jak przenika się teraźniejszość z przeszłością. W moim domu ciągle są poniemieckie klamki i wieszaki po niemieckim zakładzie krawieckim. Pamiętam Papuszę ze spacerów z babcią do Parku Róż. Znałam Kazimierza Furmana, a moi rodzice imprezowali z Bolesławem Kowalskim. Z Piotrem Steblinem – Kamińskim pisałam na wspólnym blogu…

Mam poczucie zakorzenienia w tym mieście średniej wielkości. Poczucie tak mocne, że nigdy, nawet przez chwilę, nie pomyślałam by je zostawić. Gorzów lubię za to, że jestem tym, kim jestem. Kocham Gorzów za nieograniczone możliwości, które mi daje. Bo ja mam tu poczucie nieograniczonych możliwości.

 

Ulubione miejsce w Gorzowie, ale tak na serio.

Jestem kwadraciarą. To kiedyś było coś! Strach się bać. Jestem z Kwadratu i pomimo tego, co się z nim w ramach rewitalizacji stało, to jest to ciągle moje miejsce. 

Co jest Twoim zdaniem najważniejsze w pracy w organizacji pozarządowej? Przecież to nie jest łatwy chleb, ciągła niepewność, przepisy, brak stałej umowy o pracę … a jednak działasz.

– Najważniejsza jest wkrętka… Musisz być absolutnie wkręcony w to, co robisz. Wiele zależy od tego jakie są cele organizacji (czyli cele statutowe). To w znacznym stopniu określa dynamikę roboty. Jeśli organizacja działa w obszarze usług społecznych, to praca jest bardziej usystematyzowana, tak żeby gwarantowało to dostępność tych usług. To wymaga wielkiego zaangażowania, takiej wręcz misyjności, bo wówczas twoi klienci to osoby wykluczone społecznie, zawodowo, osoby niepełnosprawne, seniorzy. Inne obszary narzucają innego rodzaju dynamikę; od projektu do projektu. Nie jest łatwo się w tym znaleźć. Bywa, że nie masz nic do roboty i jesteś w czarnej dziurze. A bywa tak, że pracujesz poważnie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Ja obecnie pracuję przy bardzo dużym projekcie jako animator społeczny. Mam więc możliwość wejścia w wiele środowisk, w tym również w organizacje pozarządowe i przedsiębiorstwa społeczne. Ich robota jest trudna, ciążka, angażująca. Ale jest to również przestrzeń dla ogromnej satysfakcji zarówno finansowej, jak i osobistej. III sektor staje się pomału poważnym pracodawcą. Ciągle jest u nas gorzej, niż w innych państwach UE, ale idziemy swoim rytmem we właściwym kierunku. Oczywiście centralnie, bo Gorzów pozostaje daleko w tyle. 

W ramach projektu przy którym pracujesz powstają przedsiębiorstwa społeczne czyli firmy z misją społeczną. Jak one się rodzą i czym zajmują? 

Biznes społeczny polega na tym, że ludzie pracują, zarabiają na  swoje wynagrodzenie i przy okazji realizują jakąś misję społeczną. Jaką? Tu panuje duża dowolność, określona przepisami prawa ale bardzo szeroka. W praktyce wygląda to tak, że powstaje spółdzielnia socjalna, fundacja bądź stowarzyszenie z działalnością gospodarczą, zatrudnia ludzi z obszaru wykluczenia społecznego, wchodzi na wolny rynek, zderza się z nim i albo przetrwa albo nie. Sam proces narodzin też zależy od okoliczności, ponieważ przedsiębiorstwo społeczne może powstać zarówno z istniejącej organizacji pozarządowej, jak i z grupy inicjatywnej, która na ścieżce projektu dopiero określa swój status prawny, a następnym krokiem jest tworzenie w nowopowstałej organizacji. Nasze podmioty są bardzo fajne. Tworzone przez ludzi zaangażowanych dla ludzi w potrzebie. To całe spektrum osobowości, sytuacji i okoliczności. Jesteśmy z nich dumni. 

Jakie wybierają branże?

Utarło się przekonanie, że przedsiębiorstwa społeczne to najczęściej catering, sprzątanie albo pielęgnacja zieleni.  Ale to przeszłość. Zmienia się profil osób wykluczonych społecznie. Dziś to bardzo często ludzie twórczy i wrażliwi, którzy z różnych powodów pozostają poza rynkiem pracy. Dla nich biznes społeczny staje się przestrzenią dla samorealizacji. Dla animatora to bardzo korzystna sytuacja. Oczywiście ciągle powstaje wiele podmiotów zajmujących się cateringiem lub branżą gastronomiczną w ogóle, ale oni już myślą o tym, żeby dysponować zapleczem infrastrukturalnym umożliwiającym organizację na przykład imprez plenerowych; kupują namioty, stoły plenerowe lub foodtrack’ i. Od początku stawiają na rozwój i wszechstronność. Nie pamiętam, żebym animowała jakiś podmiot zajmujący się utrzymaniem czystości… Powstaje za to duża liczba PS w branży EKO, artystycznej, budowlanej… To normalne przedsiębiorstwa tylko niezafiksowane na zysku.    

Jakie są ich początki? Jakie największe trudności? Z czym borykają się w swojej działalności w trakcie jej prowadzenia. Co mogłoby im pomóc, aby było łatwiej, może przyjemniej?

Nie znam takich bohaterów, którzy w sferze ekonomii społecznej powoływaliby przedsiębiorstwo bez dotacji. Zapewne tacy istnieją, ale ja ich po prostu nie znam. Skupię się więc na tych, przy których początkach byłam. Po pierwsze bardzo często zwyczajnie nie dochodzi do powstania podmiotu. Grupa inicjatywna zbiera się, ma pomysł i zapał, ale ścieżka do otrzymania dotacji nie jest łatwa ani krótka, to minimum pół roku. Bardzo istotna w całym procesie jest rola lidera czyli osoby, która to wszystko ciągnie, trzyma na swoich barkach. Z liderami kłopot jest taki, że jest ich bardzo niewielu, a ci najlepsi są jednak poza obszarem ekonomii społecznej. Dla animatora to zawsze trudne gdy ludzie się poddają. Ci zaś, którzy wytrwają i ostatecznie otrzymują dotację, mają z reguły fajne początki. Przychodzą pieniądze, robią zakupy, przez poł roku mają wentyl bezpieczeństwa w postaci wsparcia pomostowego. Ogólnie jest fajnie. Problemy przychodzą później. W momencie kiedy zależysz już tylko od swojej operatywności, gospodarzenia i zarządzania. To jest ten moment weryfikacji i on nie może być przyjemny.  I dobrze, że taki nie jest, bo nasze podmioty nie mają być podmiotami specjalnej troski tylko prężnie rozwijającymi się przedsiębiorstwami. Oczywiście pomogłyby jakieś mniej wymagające obowiązki względem Urzędu Skarbowego czy mniej absurdalne wymogi sprawozdawcze ale to już są kwestie na poziomie prawodawstwa i ani my ani samorząd nic nie może w tej materii zrobić. 

Czy uważasz, że ważne jest wspieranie biznesu społecznego przez lokalne władze? Co konkretnie, jakie działania są istotne? Wprost – czego potrzebują ? 

Współpraca samorządu z podmiotami ekonomii społecznej to sprawa kluczowa dla rozwoju tych drugich. Fundamentalna. I można przeczytać o tym w każdym folderze czy opracowaniu o ekonomii społecznej. W różnych warunkach ta współpraca przybiera różne formy, ponieważ zależy ona od wielu czynników. Ja najbardziej lubię tę formę małomiasteczkową czyli taką, gdzie wójt lub burmistrz ma na swoim terenie jeden CIS (Centrum Integracji Społecznej) i dwie spółdzielnie socjalne. CIS gotuje obiady dla szkoły i przedszkola, a  spółdzielnie socjalne zajmują się drobnymi robotami budowlanymi albo pielęgnacją zieleni. I w ogromnej mierze z tego się utrzymują – ze zleceń samorządu. W województwie lubuskim tak to właśnie wygląda w tak zwanym „terenie”. O Zielonej Górze mówić nie będę, bo się mało orientuję ale, że w Gorzowie orientuje się bardziej to powiem jasno: w Gorzowie Wielkopolskim współpraca samorządu z podmiotami ekonomii społecznej po prostu nie istnieje. 

Dlaczego? Nie przesadzasz? 

Oczywiście, że trochę przesadzam. Ale to moja robota i wiem, jak może wyglądać tak zwany wzorzec czyli sytuacja idealna. Do niej jest nam bardzo daleko. Dobra wiadomość jest taka, że różne wydziały Urzędu Miasta powoli zaczynają stosować klauzule społeczne w zamówieniach publicznych albo kierować zapytania do podmiotów ekonomii społecznej. I to jest ok. Natomiast ja problem i to olbrzymi widzę gdzie indziej – w podejściu naszego samorządu do podmiotów trzeciego sektora, który jest przecież filarem ekonomii społecznej. Dopóki dopóty samorząd miejski nie przestanie traktować organizacji pozarządowych, jak wrzodów zlokalizowanych w mało komfortowych miejscach, nie możemy liczyć na rozwój lokalnej ekonomii społecznej. Co jest ze wszech miar głupie, bo samorządowi może to przynosić ogromne korzyści. 

Jakie? 

Wykorzystując potencjał PES i PS samorząd ma dwa w jednym: dobrze i tanio zrealizowaną usługę oraz realizację zadania własnego czyli przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu. To bardzo proste.  Zlecając wykonywanie usługi przedsiębiorstwom społecznym samorząd realizuje własne zadanie z zakresu polityki społecznej. Ale to jest spojrzenie dość perspektywiczne. 

 A jak to się ma do trzeciego sektora pomijając przedsiębiorstwa społeczne?

Każdy rozsądny samorządowiec buduje wokół siebie silne organizacje pozarządowe, bo mu się to zwyczajnie opłaca. To organizacje pozarządowe przejmują na siebie wiele zadań własnych gminy (czy województwa) z tych sfer, które są najczęściej bardzo niedofinansowane albo trudne społecznie: usługi społeczne, kultura, edukacja, promocja, turystyka … Sfery, które określamy jako miękkie. Organizacje pozarządowe swoim potencjałem gwarantują wysoką jakość realizacji tych zadań. W Gorzowie ten temat praktycznie nie istnieje, a nasze NGO występują najczęściej w roli proszących. Ich liderzy po roku, dwóch w zasadzie się wypalają. Dlatego mamy taką kondycję III sektora, jaką mamy. Gdzie jest Rada Pożytku Publicznego w naszym mieście? Co się z nią stało? Temat zamknięty. Opowiem Ci coś: kilka miesięcy temu zgłosiła się do nas organizacja pozarządowa z dużym koncertem. Ten koncert kosztował kilkanaście tysięcy, z pewnością… albo więcej. Darmowy, niebiletowany. Chcieli pomocy w obszarze promocji. Zorganizowaliśmy razem kilka wyjść w miasto z ulotkami, plakatami, muzyką … Od miasta chcieliśmy tylko powieszenia na szybach pustych lokali miejskich plakatów. Nie na tydzień – na czas naszych akcji promocyjnych. Od zewnętrznej strony do ściągnięcia po 2 godzinach… Korespondencja trwała cały dzień. W końcu podano jakiś paragraf jakiegoś Zarządzenia PM tylko po to, aby odmówić. Poddaliśmy się. Po co nam to? Nikt nawet nie zapytał co to za koncert i po co on w ogóle jest, a niósł on wieli ładunek działań profilaktycznych  i prospołecznych … To jest działanie na szkodę miasta i właśnie takie sytuacje tworzą naszą rzeczywistość. Każdy lider organizacji pozarządowej jeśli nie jest znajomym królika, wie, że mówię o faktach.  

W jaki sposób można zachęcić ludzi, aby kupowali w lokalnych przedsiębiorstwach społecznych, a nie w zachodnich marketach, czy obstawionych przez korporacyjne śmieciówki, galeriach?

Ekonomia społeczna wykształciła swój system promocji produktów i usług wytwarzanych przez nasze podmioty. Opiera się on na rynkach lokalnych, środowiskach odbiorców i mediach społecznościowych. To jest promocja środowiskowa. Budowa marki obywa się na zupełnie innych zasadach niż ta korporacyjna. Można to przyrównać do promocji produktów regionalnych – działa! Ale to temat na odrębną rozmowę, ogromnie szeroki. Dobrym przykładem są Targi Ekonomii Społecznej, które cyklicznie realizujemy. Przy okazji wydarzeń społecznych organizujemy stanowiska naszych wystawców. W ten sposób mogą oni trafić do różnych środowisk i przy okazji budować swoją markę. Ludzie intuicyjne wiedzą, w jaki sposób kontaktować się ze swoim klientem. To jest olbrzymie spectrum możliwości. Kiedyś o tym pogadamy, ale to tak jak powiedziałam – zupełnie inny temat. 

Gdzie lubisz robić zakupy, takie codzienne, ale i okazjonalne?

Jak to się mówi? Chyba, że szewc bez butów chodzi… A ja niestety jestem uzależniona od galerii i sieciówek… Widziałam kilka miesięcy temu takie zdjęcie żółwia w oceanie zawiniętego w reklamówkę – ogromnie mną to wstrząsnęło. Zakupiłam na tę okoliczność kilka lnianych toreb, których oczywiście nigdy nie zabieram na zakupy  i… kupuję kolejną reklamówkę mając przed oczyma tego żółwia. Poważnie mnie to dołuje. Jest to sfera, nad którą muszę solidnie popracować, bo strasznie odstaję od świadomych obywateli planety. 

Zakładamy ciemne okulary i pytamy: co ci najbardziej przeszkadza w Gorzowie? Co Cię wkurza?

Wracamy do tematu: wkurza mnie stosunek samorządu miejskiego do organizacji pozarządowych i inicjatyw obywatelskich. Wkurzają mnie ignorancja i kolesiostwo. Wkurza mnie interpretacja procesu rewitalizacji i brak szacunku do tradycji miasta. Mam alergię na miejskie konsultacje i to curiosum, którym jest w naszym mieście budżet obywatelski. Irytuje mnie sytuacja w kulturze miasta. Rozbujałe ego niektórych ważnych ludzi i generalne podejście, które nazywam: „Po nas choćby potop”. Jestem oburzona lekkością, z jaką samorząd wpływa na oblicze miasta bez oglądania się w przeszłość i na opinie ludzi. Tak… Jestem generalnie bardzo poirytowaną osobą.  

Lubisz marzyć? Co byś zrobił/a jako prezydent naszego miasta dla mieszkańców i firm?

Nigdy nie będę Prezydentem i wcale o tym nie marzę… Do ostatnich wyborów samorządowych żyłam w przekonaniu, ze samorząd jest daleki od polityki, ale dziś mam pełną świadomość swojej naiwności. Gdybym jednak była, a cały ZIT byłby już zrealizowany… To postawiłabym na serce miasta czyli  nasze kamienice, Schody do Nikąd, Łaźnię, skwery, parki i wszystko to, co tworzy naszą tożsamość. Gdyby przy okazji woda sodowa nie uderzyła mi do głowy, to bardzo słuchałabym ludzi… Bo to przecież w nich jest miasto – w mieszkańcach. To ich potrzeby, nawet te nieuświadomione są w procesie miastotwórczym najważniejsze. Marzę o mieście… Takiej bombonierce, gdzie jeśli ktoś zabłądzi i chwile pobędzie, powie: „Jakie to piękne miasto! Ten Gorzów.”. To są jednak takie marzenia, zupełnie nie na tym etapie… Ja nie jestem jeszcze na tyle samorządowo dojrzała, żeby wiedzieć co robić, żeby w mieście żyło się dobrze i żeby było funkcjonalne i piękne. Jest kilka sfer o których mogę wypowiadać się z cała pewnością ale kompleksowo to raczej się nie podejmuję. Często rozmawiam o Gorzowie z byłym Prezydentem i kiedy widzę, jak on je w jakimś sensie wizyjnie obejmuje, to rodzi się we mnie pokora, która nie pozwala na pełną odpowiedź na to pytanie. 

Na koniec taka zabawa, fantazja: Jak według ciebie wyglądać powinien wymarzony Gorzów, jaki powinien być? To twoje marzenie, nie trzeba się ograniczać… 

Jeśli nie musze się ograniczać to biorę kilka milionów kredytu i reaktywuję  Café Voley czyli Wenecję w Parku Róż… Wstawiam tam Kapelę Retro i powołuję na to konto zupełnie nowy zespół z muzyką cygańską – drenując przy tym przynajmniej roczny budżet miasta. Mam rozmach! Dlatego nigdy na mnie nie głosujcie, nawet jeśli będę gdzieś kiedykolwiek kandydować… Mój wymarzony Gorzów jest nie tylko umiejscowiony w powojennej czasoprzestrzeni, jest również prężnie rozwijającym się  ośrodkiem produkcji, swoistą ziemią obiecaną, bo takie są przecież nasze korzenie. 

Rozmawiał:  Marek Rybka

 

Zaczynamy nowy cykl #GorzowToMy – wywiady z ludźmi z Gorzowa. Niebawem kolejne rozmowy z osobami, które po prostu warto znać 🙂

Tagi z historii
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *